mery

z perspektywy wysokości krawężnika

Pracownicy lotniska leżą w cieniu. Tylko kilku przepisuje ręcznie nasze dane z paszportów do komputerów. Wymieniamy kasę w kantorze, kupujemy sprawnie kartę i wsiadamy do metra. Łał, ale zimno. Szaleją tu z klimą. Schodzi nawet do siedemnastu stopni, podczas gdy na zewnątrz zderzamy się z duszącym czterdziestostopniowym gorącem. Włożyłam na siebie bluzę, której miałam nigdy nie wyciągać z plecaka. Okazało się, że będę ją wyciągać przy każdym przejeździe, obwiązując szczelnie buffkę wokół szyi. Co z tego, Mysza i tak dostał intensywnego zapalenia gardła, a ja pęcherza. Bangkok, Ty wariacie.

rozbieramy się

Rozbieramy się, bo idziemy na lodowiec. Ściągamy kurteczki, kubraki, puchówki i wszystkie wynalazki, które powkładaliśmy na siebie, myśląc że idziemy na poważną misję zdobycia K2. W Bargielów się wczuliśmy. Temperatura spadła poniżej zera, ale słońce dzisiaj ma dobry humor i grzeje na całego, powodując niedowierzanie wśród przybyłych na miejsce. Tu niby jest kraina cienia na co dzień. Poza dniem, w którym się tu znaleźliśmy. Victor nas ostrzega – spocimy się.

spacery są potrzebne

To był dobry dzień na spacer, mimo że nieśmiało zbierało się na deszcz. Ale, że to azorska norma pogodowa, machnęliśmy ręką i weszliśmy na sympatyczny szlak. Oprócz nas, na pomysł podobny wpadł pewien fotograf, skupiony na okrywaniu swetrem swojego dziecka o finezyjnym imieniu Canon oraz grupa lokalnych, którzy do siatek łapczywie pakowali dziko-bujnie rosnące czernice. Kwaśne jak cholera, ale wyborne. Dobrze im się tu wzrasta przy dobranej mieszance wilgoci i ciepła na non stopie. Zioła też mają tu swoje królestwo, wchodzą aromatami nozdrzami, uszami i oczami do głowy. Kręci się w niej, ale jest przyjemnie.

zło nas uwodzi

Widok mnichów z naćpanymi tygrysami na łańcuchach. Show z udziałem krokodyli zjadających kilka kurczaków. Szybka wizyta u tańczących węży. Jazda na słoniu za dwadzieścia złotych. Wszystko przez ludzi i dla ludzi. Kiedyś przeczytałam, że w Kambodży, jak dobrze poszukasz, to możesz spróbować, jak to jest postrzelać z bazuki do krów. Brzmi groteskowo, ale jakby zajrzeć prawdzie w oczy, jest to surrealistycznie obrzydliwe zjawisko. Zło nas uwodzi.

jedną nogą w mieszkaniu, a drugą już na ulicy

Lizbona śmierdzi, a mętne osobistości kręcą się na każdym skrzyżowaniu ulic. Poza tym, jest miastem moich marzeń. Kolorowa, pokracznie przytulna i wymagająca. Jest jak duży labirynt dla dorosłych, do którego za wstęp trzeba zapłacić tylko tyle, ile któraś z linii lotniczych tego od Ciebie wymaga. Można plątać się po niej niby w nieskończoność, ale kiedyś kolana wysiądą na tych fantazyjnie stromych uliczkach. Lizbona ma wszystko to, co w dużych miastach można szanować. Świetną architekturę, klimatyczne miejsca spotkań z najpiękniejszymi widokami, szeroki wybór kuchni w knajpach, bary na dachach i leży nad rzeką, która jak się dobrze wkręcisz wygląda jak ocean. A ten prawdziwy jest tuż obok, co daje nam wspaniałe plaże już niecałe piętnaście minut jazdy pociągiem od centrum. Dorzućmy do tego mieszankę kulturową, muzykę na żywo na każdym kroku i przystawkę w postaci lokalnego sera z dżemem z pomidorów w Taberna Portuguese – lista spełnionych marzeń się chwilowo kończy.

szczęście jest chwilowe

“Bo szczęście jest chwilowe, indywidualne, wyjątkowo doznawać go można we dwoje, nader rzadko w troje, nigdy zaś zbiorowo, w masie. Jest ono, jak perła w swej muszli, ukryte w niektórych rytuałach lub ceremonialnych zabiegach, dostarczających istocie ludzkiej pewnych przebłysków i miraży doskonałości. Należy zadowalać się tymi okruchami, by uniknąć życia w trwodze, w rozpaczy, wyciągając ręce ku niemożliwemu.” M. V. Llosa

tamtędy wędrują okręty i lewiatan w nim igra

Mieszkamy u Diany. Dom jest pomarańczowy, podłogi czerwone, a trawa bez zaskoczeń – zielona. W domu mieszkamy my i jakieś dwadzieścia tuzinów mrówek. Żyjemy w zgodzie i nie przeszkadzamy sobie za bardzo, tylko czasem zdarzają się drobne awantury, jak w każdej rodzinie. Mamy trzy psy, które towarzyszą nam na każdym spacerze, choćby trasą było przejście od hamaku po sok. No i mamy też białego konia, nazywa się Diva, czuje się ostatnimi dniami słabo, czekamy na wizytę weterynarza. Od oceanu dzieli nas pięćdziesiąt metrów i stumetrowy klif, a od starego portu, stara droga. Ananas w ogródku dojrzewał dwadzieścia miesięcy, po to aby wreszcie osiągnąć dorosłość i przez pięć minut zajadania sprawić nam frajdę. Nadciąga deszcz, ale to całkiem zwyczajne. Za dwadzieścia minut pójdziemy się pokąpać, w miejscu w którym pięćdziesiąt lat temu odławiano ubite przez ludzi wieloryby.