mery

smutne lato – część 2

Jakoś tak wyszło, że znaleźliśmy się na Mazurach. Na wsi, pod Mikołajkami. Pustki na recepcji, zawirowania w organizacji, zamknięta stołówka. Przecież jak byk pisze, że zapraszają serdecznie, że czynne. Trudno, to jedziemy na pizzę. Pizza a pizza to jest jednak różnica. Reżim sanitarny tutaj to tylko rerzim, więc bierzemy na wynos. Choć proszę mi wierzyć, drobiazgowość i sterylność to nie nasza rzecz. Sukcesem oznajmiamy brak hulanek w żołądkach po takim wybryku i idziemy spać, my stare dziady na Mazurach. Rano stołówka czynna. Weranda wypchana kwiatami, z widokiem na wychłodzoną plażę i zadbany ogród. Jedzenie pyszne i zbyt tanie. W ogóle poza tym wybrykiem nazwanym pizzą, jedzenie okazało się być prawie najmilszym co nas spotkało na Mazurach, tuż za żurawiami. To lato do innych niepodobne.

smutne lato – część 1

Polskie morze nas zaskoczyło. Ale nie pogodą. Wybrzeżem, roślinnością, tanią rybą. Jeszcze przed tą burdą o za wysokie paragony i za niskie parawany. Spoglądając na plażę z wysokości pięćdziesięciu metrów, ludzi sporo. A na plaży pusto. Jest przestrzeń na koc i wino, na wędkarzy, na rodziny z berbeciami, na złamane serca, na wyrzucone przez morze kamyczki oplecione glonami, na zdjęcia, na jogę, na nielegalne ogniska, na spacer z psem, na kłótnię, na zachwyt zachodem słońca. Mnie dotyczy wszystko, a równocześnie nic. To lato do innych niepodobne.

przekręcam lekko głowę, nawet o tym nie wiedząc

Podróżuję po domu, pomiędzy monsterą, która ma zaburzony błędnik, a czymś co nazywamy na wyrost kuchnią. Całe z sześć metrów do przejścia. Na jednej ścianie słodkie relikty przeszłości – trochę zdjęć dziadka, młodocianych rodziców i nas – ja bez zęba, Mysza z przerośniętymi uszami. Trochę szkoda, że mu przeszło. Na drugiej ścianie znów my, że niby zwiedzamy świat. Na trzeciej ścianie ja równocześnie umierająca i szukająca światła, w wizji Amsowej. Nie mogę się zdecydować – czy bardziej umierająca, czy bardziej szukająca – przekręcam lekko głowę, nawet o tym nie wiedząc. Pomiędzy ścianami przysypia stos książek. Sporo świetnych, sporo gównianych. To lepsze niż znaczki pocztowe, niż puste flakony perfum, które zbierałam w dzieciństwie. Siedzę pomiędzy nimi i patrzę – na co? Nie wiem. Ostatni zachód słońca widziałam kilka dni temu, więc wolno wrócić mi do czasów, kiedy te zachody zaczynały się późnym wieczorem, a nie chwilę po obiedzie.

z perspektywy wysokości krawężnika

Pracownicy lotniska leżą w cieniu. Tylko kilku przepisuje ręcznie nasze dane z paszportów do komputerów. Wymieniamy kasę w kantorze, kupujemy sprawnie kartę i wsiadamy do metra. Łał, ale zimno. Szaleją tu z klimą. Schodzi nawet do siedemnastu stopni, podczas gdy na zewnątrz zderzamy się z duszącym czterdziestostopniowym gorącem. Włożyłam na siebie bluzę, której miałam nigdy nie wyciągać z plecaka. Okazało się, że będę ją wyciągać przy każdym przejeździe, obwiązując szczelnie buffkę wokół szyi. Co z tego, Mysza i tak dostał intensywnego zapalenia gardła, a ja pęcherza. Bangkok, Ty wariacie.

rozbieramy się

Rozbieramy się, bo idziemy na lodowiec. Ściągamy kurteczki, kubraki, puchówki i wszystkie wynalazki, które powkładaliśmy na siebie, myśląc że idziemy na poważną misję zdobycia K2. W Bargielów się wczuliśmy. Temperatura spadła poniżej zera, ale słońce dzisiaj ma dobry humor i grzeje na całego, powodując niedowierzanie wśród przybyłych na miejsce. Tu niby jest kraina cienia na co dzień. Poza dniem, w którym się tu znaleźliśmy. Victor nas ostrzega – spocimy się.

spacery są potrzebne

To był dobry dzień na spacer, mimo że nieśmiało zbierało się na deszcz. Ale, że to azorska norma pogodowa, machnęliśmy ręką i weszliśmy na sympatyczny szlak. Oprócz nas, na pomysł podobny wpadł pewien fotograf, skupiony na okrywaniu swetrem swojego dziecka o finezyjnym imieniu Canon oraz grupa lokalnych, którzy do siatek łapczywie pakowali dziko-bujnie rosnące czernice. Kwaśne jak cholera, ale wyborne. Dobrze im się tu wzrasta przy dobranej mieszance wilgoci i ciepła na non stopie. Zioła też mają tu swoje królestwo, wchodzą aromatami nozdrzami, uszami i oczami do głowy. Kręci się w niej, ale jest przyjemnie.

zło nas uwodzi

Widok mnichów z naćpanymi tygrysami na łańcuchach. Show z udziałem krokodyli zjadających kilka kurczaków. Szybka wizyta u tańczących węży. Jazda na słoniu za dwadzieścia złotych. Wszystko przez ludzi i dla ludzi. Kiedyś przeczytałam, że w Kambodży, jak dobrze poszukasz, to możesz spróbować, jak to jest postrzelać z bazuki do krów. Brzmi groteskowo, ale jakby zajrzeć prawdzie w oczy, jest to surrealistycznie obrzydliwe zjawisko. Zło nas uwodzi.

jedną nogą w mieszkaniu, a drugą już na ulicy

Lizbona śmierdzi, a mętne osobistości kręcą się na każdym skrzyżowaniu ulic. Poza tym, jest miastem moich marzeń. Kolorowa, pokracznie przytulna i wymagająca. Jest jak duży labirynt dla dorosłych, do którego za wstęp trzeba zapłacić tylko tyle, ile któraś z linii lotniczych tego od Ciebie wymaga. Można plątać się po niej niby w nieskończoność, ale kiedyś kolana wysiądą na tych fantazyjnie stromych uliczkach. Lizbona ma wszystko to, co w dużych miastach można szanować. Świetną architekturę, klimatyczne miejsca spotkań z najpiękniejszymi widokami, szeroki wybór kuchni w knajpach, bary na dachach i leży nad rzeką, która jak się dobrze wkręcisz wygląda jak ocean. A ten prawdziwy jest tuż obok, co daje nam wspaniałe plaże już niecałe piętnaście minut jazdy pociągiem od centrum. Dorzućmy do tego mieszankę kulturową, muzykę na żywo na każdym kroku i przystawkę w postaci lokalnego sera z dżemem z pomidorów w Taberna Portuguese – lista spełnionych marzeń się chwilowo kończy.