mery

Widok mnichów z naćpanymi tygrysami na łańcuchach. Show z udziałem krokodyli zjadających kilka kurczaków. Szybka wizyta u tańczących węży. Jazda na słoniu za dwadzieścia złotych. Wszystko przez ludzi i dla ludzi. Kiedyś przeczytałam, że w Kambodży, jak dobrze poszukasz, to możesz spróbować, jak to jest postrzelać z bazuki do krów. Brzmi groteskowo, ale jakby zajrzeć prawdzie w oczy, jest to surrealistycznie obrzydliwe zjawisko. Zło nas uwodzi.

Słonie mają mądre oczy i szorstką skórę. Są obżartusami i wegetarianami z najmodniejszymi tendencjami do frutarianizmu. Zjadają nawet dwieście kilogramów owoców dziennie. Tajskie słonie mają małe uszy i duże głowy. Lokalni żartują, że są mądrzejsze od afrykańskich z kontrastowo dużymi uszami i małą głową. Lubią kąpiele w błocie, drapią się gałązkami. Są ekstremalnie inteligentne. Potrafią się uśmiechać, płakać i bawić, tak jak ludzie. Tak samo jak ludzie stresują się i denerwują. Od setek lat w południowej Azji słonie wykorzystywano do pracy z ludźmi. To część tradycji. Przede wszystkim były pomocne przy wycinkach lasów, do przenoszenia kłód drewna i do celów militarnych. Dzisiaj wykorzystuje się je głównie do celów komercyjnych i spełniania ludzkich zachcianek, jak przejażdżka na ich grzbietach. Pierwszego słonia w Tajlandii zobaczyliśmy w Ayutthayi, chodził po betonowej ulicy, sto metrów w jedną stronę i sto w drugą, cały dzień, na czterdziestostopniowym upale, z dużym koszem na grzbiecie wbitym w jego skórę. W koszu śmiejący się turysta z dzieckiem, niezdarnie pozujący do tego wymarzonego zdjęcia z Tajlandii ze słoniem. Widok ponury.

Tiger Temple – świątynia prowadzona przez mnichów therawadyjskich, powstała w latach dziewięćdziesiątych. Misja sanktuarium – pomoc porzuconym w lasach młodym tygrysom. Zaczęło się od jednego malca, a podczas zamknięcia sanktuarium naliczono blisko 150 dorosłych tygrysów. Zamknięcia, no właśnie. Kontrowersje wokół tego miejsca narastały od lat. Wystarczyło uiścić opłatę za wejście, aby móc pokarmić młode tygrysiątka, pogłaskać duże i zrobić sobie zdjęcie z jednym z nich. Zwierzęta wydawały się zbyt uległe i zbyt spokojne jak na swoją naturę, podejrzewano masowe odurzenia narkotyczne. Ponadto władze ośrodka gubiły się w raportowaniu liczebności osobników. Pojawiły się wątpliwości dotyczące nielegalnego rozmnażania tygrysów i sprzedawania ich do celów komercyjnych. Opat sanktuarium wszystkiemu zaprzeczał. Walka aktywistów o zamknięcie tej lokalizacji trwała dziesięć lat. 40 organizacji podpisało się pod listem, który nawoływał do likwidacji działalności. Udało się w 2016 roku. Sekretarz opata w trakcie akcji likwidacyjnej próbował wynieść z ośrodka tysiąc amuletów zawierających kły i fragmenty skóry tygrysów.

W Tajlandii znajdują się setki krokodylich ferm. Szacuje się, że przebywa w nich ponad milion osobników. Można wpaść na show krokodyli. Popatrzeć jak zjadają kurczaki. Przy niektórych farmach funkcjonują ubojnie. Z krokodyli powstają towary luksusowe. Na przykład modne torebki Birkin od Hermes, które kosztują od kilku tysięcy dolarów w górę. Ale sprzedaje się tu także mięso i różnego rodzaju lecznicze medykamenty krokodylo-pochodne. Regulacje dotyczące funkcjonowania tego typu farm podlegają CITES (międzyrządowa inicjatywa dla ochrony zagrożonych gatunków dzikich zwierząt), która dopuszcza funkcjonowanie takich ferm, aby zaniechać działalności myśliwych i wybijania przez nich zagrożonych gatunków. Czy etyka polega na wybieraniu mniejszego zła?

Na północy kraju – wysyp sanktuariów dla słoni, w których teoretycznie przebywają osobniki odratowane. Sanktuarium ma chronić zwierzęta i jak sama nazwa wskazuje traktować je wyjątkowo. Jesteśmy w Chiang Mai, chcemy zobaczyć słonie i spędzić z nimi dzień. Szukamy odpowiednich ośrodków. W wielu z nich, atrakcją jest przejażdżka na słoniach. Słoń nie jest z natury zaprogramowany do przewożenia ciężkich koszów i ludzi. Najpierw więc trzeba złamać jego psychikę. Jedynie młode osobniki są podatne. Takiego słonia należy odseparować od matki, trzymać go na uwięzi w małej przestrzeni i bić kijami przez wiele miesięcy. Później ten sam kij jest straszakiem, dzięki któremu można kontrolować zachowanie słonia. Wybieramy HUG Elephants, ma świetne opinie, nie jeździ się tu na słoniach i jest kameralnym ośrodkiem, który opiekuje się kilkoma osobnikami. Właścicielami ośrodka jest jedna rodzina, dobrze patrzy się na zabawę lokalnych dzieciaków ze swoimi zaadoptowanymi pupilami. Źle się patrzy na kij, który jeden z pracowników trzyma w dłoni. Nie używa go ani razu, bo słonie zachowują się w porządku. Rozumiem, że sanktuarium to też biznes. Płacimy za wejście do niego i za możliwość spędzenia dnia ze słoniami. Kij to nasze bezpieczeństwo. Tak pewnie to rozumieją. Ale kij to jednak straszak. Przecież słonie musiały kiedyś poznać jego zastosowanie, żeby się go teraz bać. Widok ponury.

Mimo tego, zjawiskowe giganty wydają się szczęśliwe. Możemy je karmić, spacerować z nimi (nie są przywiązane, mogą się luźno poruszać), masować je błotem i nawet wykąpać się razem w rzece. Lubią jedzenie, lubią brud i lubią swoje błotne SPA. Więc pomagamy im w tych przyjemnych czynnościach. Dotyk skóry słonia jest wyjątkowy. Skóra jest sucha i szorstka, pokryta ostrymi włoskami. Wzrok mają mądry i czujny. Posiadają niezwykłą pamięć i odbierają rzeczywistość sensualnie.

Słonica na ostatnim zdjęciu była w zaawansowanej ciąży. Słonie noszą ciążę przez 22 miesiące. Poruszała się najwolniej, ale za to z wielką gracją. Razem z nią dotarliśmy nad wodę. Ona również miała ochotę na kąpiel.

Podobno w Elephant Nature Park nie używają kijów w ogóle. Żałuję, że nie wybraliśmy tego miejsca.