mery

W naturze życia zawsze musi być równowaga. Żeby strudel na przystanku wiedeńskim był dobry, to musi zepsuć się auto i tak dalej. Aby nie mnożyć już tych dziwnych przypadków przez przypadki, dojeżdżamy krętą jak muszla ślimaka drogą w Dolomity.

Jest sierpień, jesteśmy we Włoszech, które wypełnione są po brzegi włoskimi twarzami. Sierpień to czas byczenia się dla tutejszych. Łażą w góry, jeżdżą na rowerach, piją wino, jedzą pizzę, opiekają twarze na ruszcie słonecznym. Wtapiamy się w tłum, tłum przestaje nam przeszkadzać i jest to chyba pierwsze odwiedzone przez nas miejsce na planecie Ziemia, gdzie tłum faktycznie przestaje nam przeszkadzać. Nikt się nie patrzy po sobie, podziwiamy gotyk. Gotyk per se. Gotyk sauté. Bo przecież Dolomity, to wystrzelony w górę gotyk.

Wybieramy najprostszy z najprostszych szlak Tre Cime di Lavaredo. Pierwsze wrażenie – łał. Drugie wrażenie podobne – o łał. Trzeciego nie ma. Szlak jest nie tylko prosty, ale zwyczajnie życzliwy, różnorodny, ustępliwy i łażą po nim czasem psy i konie.

Spacerujemy, delektujemy się każdym kroczkiem, każdym obrazkiem który pojawia się przed oczyskami, bo przecież jesteśmy wychowankami babci Halinki, rozczulającej się pajęczyną na liściu o wschodzie słońca, podczas spacerów z Roksą (przypisek redaktora: Roksa to pies). Niebo jest niebieskie, słońce ociepla twarze i tyłki, a termos grzeje herbatę, czyli wszystko jest takie jakie powinno być.

Fakt faktem, krytykiem sztuki natury nie jestem i nigdy nie będę. Natury nie da się krytykować. W książce o Wojtku Kurtyce pojawia się wzmianka o filozofii de Chardina (francuskiego, “kontrowersyjnego” jezuity), według którego, w dużym uproszczeniu, wszystko w przyrodzie przeniknięte jest duchem boskości. Jest coś w tym, a de Chardin bankowo gapił się na Dolomity, dochodząc do takich wniosków.

Pogapmy się i my.