mery

przekręcam lekko głowę, nawet o tym nie wiedząc

Podróżuję po domu, pomiędzy monsterą, która ma zaburzony błędnik, a czymś co nazywamy na wyrost kuchnią. Całe z sześć metrów do przejścia. Na jednej ścianie słodkie relikty przeszłości – trochę zdjęć dziadka, młodocianych rodziców i nas – ja bez zęba, Mysza z przerośniętymi uszami. Trochę szkoda, że mu przeszło. Na drugiej ścianie znów my, że niby zwiedzamy świat. Na trzeciej ścianie ja równocześnie umierająca i szukająca światła, w wizji Amsowej. Nie mogę się zdecydować – czy bardziej umierająca, czy bardziej szukająca – przekręcam lekko głowę, nawet o tym nie wiedząc. Pomiędzy ścianami przysypia stos książek. Sporo świetnych, sporo gównianych. To lepsze niż znaczki pocztowe, niż puste flakony perfum, które zbierałam w dzieciństwie. Siedzę pomiędzy nimi i patrzę – na co? Nie wiem. Ostatni zachód słońca widziałam kilka dni temu, więc wolno wrócić mi do czasów, kiedy te zachody zaczynały się późnym wieczorem, a nie chwilę po obiedzie.

Dzisiaj będzie krótko, bo mam bardziej ochotę pogapić się na zdjęcie słońca wiszące na ścianie, niż przepisywać pamiętnik. Jest też w planach budyń, więc sami rozumiecie.

Camper to najlepsza opcja podróżowania, to także najlepszy sposób na stracenie przyjaciół*. Morderstwo wisiało w powietrzu. Co się dziwić, okoliczności trudne – stoisz w sklepie i walczysz – czy ciastka mamy kupić z kremem, bez kremu czy z ciastem francuskim. Pogoda nudna – codziennie trzydzieści stopni, słońce. Ludzi mało. Wiatr naszym przeciwnikiem – więc tu nie ma znaczenia, w jakim kraju jesteśmy, tak jak w Polsce przyspiesza samobójstwa, tak i w Portugalii.

Człowiek jest idiotą. Siedzi na klifie i wygląda jakby scalał się z tym co widzi majestatycznego przed sobą, a tak naprawdę myśli o bakłażanowej lasagne, którą zrobi jak tylko wróci do DOMU. Nie do campera. A jak jest w domu, to myśli czego tym razem nie zrobi, jak będzie znów w camperze.

A więc natura człowieka jest najczęściej paskudna. Ta portugalska za to nigdy nie zawodzi. Choćby był schyłek lata, brak pomarańczy, przesuszone trawy i przekwitnięte kaktusy. Bywam nudna jak flaki z olejem prawdopodobnie z tymi opowieściami, ale jak się kocha jakieś miejsce, to się do niego wraca i taki to właśnie jest mój przypadek portugalski.

Najbardziej chyba doceniam przestrzeń, spokojny oddech i to że za każdym razem znajdujemy miejsca bez ludzi z widokami, które mogą się tylko śnić podczas dobrych nocy.

Śmieci jest mało, co cieszy.

Zdarza się podnieść coś z plaży, ale misji sprzątających i mantry przekleństw pod nosem aż tak intensywnych nie trzeba codziennie przeprowadzać, jak na innych odwiedzonych wybrzeżach. Jest tu mnóstwo znaków edukacyjnych, dostęp do drewnianych koszy. Może odrobinę większa świadomość, że jak nie my, to kto.

Większość zachodniego wybrzeża to rezerwat przyrody – taki z przymrużeniem oka. Nie wolno tu biwakować, a każdy to robi, co lokalna policja ignoruje, nie wlepiając mandatów (o ile się nie hałasuje i nie syfi). Ta sama policja rekomenduje nam najbliższe kasyno, w którym podobno zawsze można coś wygrać na dalszą część podróży.

Zalatuje subtelną hipokryzją, ale my też skorzystaliśmy wielokrotnie z opcji nocowania na dziko, nie najeżdżając na chronioną roślinność i nie pozostawiając po sobie niczego. Widok wprost na wielką wodę po otworzeniu oczu kusi.

Ok, to skoro mamy ekscytację z braku śmieci i drewnianych koszy za sobą, przejdę do kwestii jedzenia.

Zawsze powinno świecić słońce i zawsze powinniśmy jeść na świeżym powietrzu. Tylko tak wszystko się zgadza. Żyjąc w camperze, jest to możliwe każdego dnia i sprawia niemałą frajdę. Całkiem lubię te koczownicze posiłki a la fasolka po bretońsku, pomidorowe spaghetti ze wspólnego garnuszka, tortilki z byle czym, lekko podpalona owsiana z rana.

I lubię brak rozkładu jazdy.

No i ocean.

Na koniec, uczcijmy sekundą ciszy mój ukochany Mju, to ostatnie zdjęcia wytworzone przy użyciu jego wielkich mocy. Później można odpalić strongboi i potańczyć, bo co można innego robić na kwarantannie.

*dalej się kochamy