mery

#w camperze

przekręcam lekko głowę, nawet o tym nie wiedząc

Podróżuję po domu, pomiędzy monsterą, która ma zaburzony błędnik, a czymś co nazywamy na wyrost kuchnią. Całe z sześć metrów do przejścia. Na jednej ścianie słodkie relikty przeszłości - trochę zdjęć dziadka, młodocianych rodziców i nas - ja bez zęba, Mysza z przerośniętymi uszami. Trochę szkoda, że mu przeszło. Na drugiej ścianie znów my, że niby zwiedzamy świat. Na trzeciej ścianie ja równocześnie umierająca i szukająca światła, w wizji Amsowej. Nie mogę się zdecydować - czy bardziej umierająca, czy bardziej szukająca - przekręcam lekko głowę, nawet o tym nie wiedząc. Pomiędzy ścianami przysypia stos książek. Sporo świetnych, sporo gównianych. To lepsze niż znaczki pocztowe, niż puste flakony perfum, które zbierałam w dzieciństwie. Siedzę pomiędzy nimi i patrzę - na co? Nie wiem. Ostatni zachód słońca widziałam kilka dni temu, więc wolno wrócić mi do czasów, kiedy te zachody zaczynały się późnym wieczorem, a nie chwilę po obiedzie.