mery

rozbieramy się

Rozbieramy się, bo idziemy na lodowiec. Ściągamy kurteczki, kubraki, puchówki i wszystkie wynalazki, które powkładaliśmy na siebie, myśląc że idziemy na poważną misję zdobycia K2. W Bargielów się wczuliśmy. Temperatura spadła poniżej zera, ale słońce dzisiaj ma dobry humor i grzeje na całego, powodując niedowierzanie wśród przybyłych na miejsce. Tu niby jest kraina cienia na co dzień. Poza dniem, w którym się tu znaleźliśmy. Victor nas ostrzega – spocimy się.

Victor nazywa się zupełnie inaczej, pokazuje swoje islandzkie imię na wizytówce i ma rację – nie zapamiętamy go. Sprytnie wymyślił swoje alter-imię, takie zwycięskie i chowa się za nim. Można zazdrościć – nie jeden z nas chciałby być kimś innym choć przez chwilę w swoim życiu.

Mimo niskiej temperatury i bliskości lodu, spocimy się, bo idziemy w górę. Każdy z nas poubierał ze trzy warstwy termoizolacyjne, a Victor nas chce z tego obedrzeć. Sam nosi t-shirt z krótkim rękawkiem. A Ty wiesz, że przy Tobie wyglądamy jak kretyni? – zagaduję.

Ściągamy każdy po jednej warstwie, obwijamy nadmiar poliamidu wokół bioder i ruszamy w górę. Luźna przebieżka po wulkanicznej ziemi, ruchomy mostek na kółkach mieszczący dwie osoby i stajemy pod wielkim nawisem lodowym. Tydzień temu go tu nie było i za tydzień go tu nie będzie. Na lodowcu wszystko się bardzo szybko zmienia – przekształca, topi, przesuwa, znika. Jest to wyjątkowe patrzeć na coś, co się zmieni już jutro.

Chwila przerwy, pijemy wodę prosto ze strumyka polodowcowego, dłonie zamieniają się w małe miseczki. Woda jest idealna. Przez chwilę myślę, że nie chcę pić już nigdy nic innego. Ubieramy żwawo raki, bo jesteśmy na granicy, gdzie rozpoczyna się już tylko lód.

Victor przed pracą z klientami, wraz z innymi przewodnikami, przychodzi około szóstej rano na rekonesans. Sprawdza utarte drogi, nowe warianty i obserwuje zmiany na lodowcu względem dnia poprzedniego. Dla bezpieczeństwa. Wraca kilka godzin później z bandą narwańców, którzy chcą połazić po lodowcu, za kasę. Czyli z nami.

Co kilkadziesiąt metrów zatrzymujemy się i rozglądamy. Otaczają nas dość wysokie skały, jezioro, w którym topią się odłamki lodowe i jeszcze daleko na horyzoncie rysuje się morze. No i ten lód. Wydaje się być mocnym graczem, z trudem wchodzą w niego czekany. Ale to złudne. Bo lodowce się topią. W tempie ekspresowym. I należy na to zwracać uwagę. Obojętne czy jest się nawiedzonym DiCaprio czy nie.

Monarchia lodu. W środku zimy lód przybiera intensywnie niebieskich odcieni. W kwietniu już blednie, ale wciąż wrażenie jest obłędne.

Kanion lodowy. Jego forma jest doskonała. Pod palcami lód jest gładki i przyjemny.

Snujemy się po lodowcu w okularach przeciwsłonecznych, policzkom nie pomoże ochronny faktor 30 w kremie i tak zostaną podpalone.

Gdzie się tak opaliłaś? Na lodowcu.

Wreszcie siadamy. Na tyłkach, bo jeszcze krzeseł tu nie wnieśli. Przewodnicy się kłócą o teren. Zatem obserwujemy z popcornem jakie to piękne braterstwo łączy ludzi z pasją. Kłócą się o lodowiec, kto-którędy może łazić.

Może niech lodowiec zadecyduje.

Wyłączam się uszami z zabawnego zatargu tej dwójki i patrzę, mrużąc oczy w tych tanich szkłach. Ostatni raz na dokładnie taki widok. Wyjątkowy.