mery

smutne lato – część 1

Polskie morze nas zaskoczyło. Ale nie pogodą. Wybrzeżem, roślinnością, tanią rybą. Jeszcze przed tą burdą o za wysokie paragony i za niskie parawany. Spoglądając na plażę z wysokości pięćdziesięciu metrów, ludzi sporo. A na plaży pusto. Jest przestrzeń na koc i wino, na wędkarzy, na rodziny z berbeciami, na złamane serca, na wyrzucone przez morze kamyczki oplecione glonami, na zdjęcia, na jogę, na nielegalne ogniska, na spacer z psem, na kłótnię, na zachwyt zachodem słońca. Mnie dotyczy wszystko, a równocześnie nic. To lato do innych niepodobne.


Jadąc nad morze, rzadko szukam – co, gdzie, jak i za ile. Jak dla mnie – nad morze jeździ się dla morza. Pozycja dowolna, można stać, siedzieć, leżeć, ale najważniejsze to gapić się przed siebie. Na przestrzeń, która dla betoniarzy – mieszkających na co dzień w mieście – jest jak doświadczenie raju, o którym nie mamy pojęcia, ale mamy ochotę wmawiać sobie, że teraz już wiemy jak mógłby wyglądać. Przynajmniej ja, wodziara, tak mam. Woda kojarzy się ze wszystkim co miłe. Z najdłuższymi kąpielami w wannie o drugiej w nocy, przy których smacznie i dziwacznie zasypiała moja mama. Z basenem na wsi i temperaturą odbierającą na kilka sekund oddech. Ze skokami do wody przy zatopionym statku. Z rzeką sięgającą kostek i ciekawskimi kijankami, ledwo skubiącymi naskórek. Z wędrówką wzdłuż oceanu przez dziesiątki kilometrów. Z gorącym latem, wyschniętym gardłem i naprędce zgaszonym pragnieniem. Woda to życie, to wiemy. Wróćmy nad polskie morze, bo co nam innego zostało.

Odbyliśmy podróż kajakiem, z jeziora – wprost do Bałtyku. Zaczynasz wśród wysokich chaszczy, uśpionych kleszczy, zdezorientowanych ryb i zmęczonych ludźmi dzikich łabędzi. Kończysz pośród flamingów, rekinów, przeróżnej średnicy kół i innych plastikowych nie-dóbr bawiących się na płyciznach dzieci, tuż przed wpadnięciem rzeki do Bałtyku. Czasem tak jest. 

Wygrzaliśmy się w wydawało by się pierwszym słońcu tego roku, a potem oparłam jeszcze gorące i nagie plecy na równie mocno podgrzanym siedzeniu samochodu. Kto by pomyślał, że tak można kogoś uśmiercić. Tym razem była to pszczoła, która w akcie ostatniej rozpaczy wbiła swoje żądło na kilka milimetrów w głąb mojej skóry w kolorycie początkującego lata, a potem sflaczała. Plecy napuchły, a wraz z nimi głowa i potem było już tylko wapno. A mogłam wejść po prostu do Bałtyku, okład z lodu jak się patrzy.

Wypiliśmy też kilka butelek włoskiego wina, z krakowskiej winiarni, nad Bałtykiem. Czasem tak jest.

Przeszliśmy się lisim jarem, nie raz, nie dwa. Zjedliśmy niezbyt dobre lody i kilka świeżych ryb, które jemy odświętnie, od wielkiego dzwonu, po prostu rzadko. Najczęściej będąc nad Bałtykiem, bo tam ryba faktycznie smakuje rybą i można poudawać, że zbieramy do magazynu kwasy omega, chociaż przez chwilę.

Wpatrywaliśmy się w działania lub raczej bezruch wędkarza, schowanego za dużym głazem, pomiędzy plażą, a plażą, w miejscu przeznaczonym dla fok. Fok brak, ryb w wiaderku też. Czasem tak jest. 

Były gofry, latarnie morskie i Chałupy też. Przechodzę przez tory, przez które przechodzili moi rodzice za dzieciaka, za często. A ja zdecydowanie za rzadko. 

Zbiegaliśmy po dziesiątkach nadwyrężonych schodków, przy hotelu Faleza, gdzie piwo kosztuje o dużo za dużo, żeby zdążyć na zachód słońca. Mysza stabilny, ja wariatka, w trzech warstwach chroniących przed szalonym wiatrem i dwoma kapturami na głowie. Liczy się luksus, a oto właśnie on. Luksus komfortozy i ciepła.

Przeżyliśmy to lato w Polsce, będąc najdalej gdzie byliśmy kiedykolwiek. Nie wiedziałam, że tak można. Nie cieszyło mnie absolutnie nic – może pieprzyki na twarzy Myszy – ale wciąż uważam, że warto było tam – wszędzie być, szczególnie w miejscach, gdzie przechadza się bryza po naszej skórze.

Ciąg dalszy smutnego lata nastąpi.