mery

smutne lato – część 2

Jakoś tak wyszło, że znaleźliśmy się na Mazurach. Na wsi, pod Mikołajkami. Pustki na recepcji, zawirowania w organizacji, zamknięta stołówka. Przecież jak byk pisze, że zapraszają serdecznie, że czynne. Trudno, to jedziemy na pizzę. Pizza a pizza to jest jednak różnica. Reżim sanitarny tutaj to tylko rerzim, więc bierzemy na wynos. Choć proszę mi wierzyć, drobiazgowość i sterylność to nie nasza rzecz. Sukcesem oznajmiamy brak hulanek w żołądkach po takim wybryku i idziemy spać, my stare dziady na Mazurach. Rano stołówka czynna. Weranda wypchana kwiatami, z widokiem na wychłodzoną plażę i zadbany ogród. Jedzenie pyszne i zbyt tanie. W ogóle poza tym wybrykiem nazwanym pizzą, jedzenie okazało się być prawie najmilszym co nas spotkało na Mazurach, tuż za żurawiami. To lato do innych niepodobne.

Przyznam, że wyobrażałam sobie te nieziemskie zachody słońca, wpadające do jezior i przydługie oglądanie horyzontu. Nic bardziej mylnego. Początek września to najwidoczniej na Mazurach dziwny czas, po raz pierwszy brak tłumów zwiastował coś dziwnego. Agroturystyki podliczają straty z właśnie domykającego się sezonu. Restauracje przestają funkcjonować, to co miało być otwarte, jest zamknięte. A jak jest się pechowcem, to wiatr nie wieje, wiatr szaleje. Jest zimno, szaro, buro. Trafiliśmy dokładnie na ten moment kiedy skóra przyzwyczajona jeszcze do lata, spotyka nagle piętnaście stopni w deszczu i słocie. To wszystko nieważne. Ale gdy większość jezior okalają wysokie parkany, prywatne posiadłości, z dostępem do wody, które uniemożliwiają zwykłym śmiertelnikom, tak jak my stare dziady na Mazurach, dojście do nich, a czasem nawet zerknięcie na nie – to już jest ważne. To już stoi zaraz obok rozczarowania. W trzecim dniu naszej mikro podróży, przejeżdżaliśmy przez niewielką miejscowość, naszą uwagę przyciągnęła drewniana ławeczka nad jeziorem. Można było na niej usiąść i pogapić się przed siebie. Jakież to było ekscytujące i nadzwyczajne. W moich wyobrażeniach tak właśnie miały wyglądać Mazury. 

Zdesperowani wjechaliśmy wąską ścieżką, tam gdzie nie powinniśmy, jeśli by słuchać komunikatu ze znaku zakazu. Dotarliśmy do niewielkiego pomostu, na którym nie powinniśmy stać, a już na pewno nie czytać książki. Pocieszyliśmy się chwilą ciszy i widokiem setek ważek, ale nie swawolą. Teren prywatny, teren prywatny, teren prywatny, zakaz wjazdu. To jednak pohukuje w lewym uchu. 

Na pocieszenie mamy kilka spraw. Oryginalny, wielki, lekko zaniedbany antykwariat na środku pustkowia, po którym można spacerować (imponująca wielkość!). Gorąca zupa kurkowa, podana w czerwonej zastawie angielskiej i knedle śliwkowe z kleksem wiejskiej śmietany pod zasmażką, ale cholera podane na zimnym tarasie, bo reżim sanitarny akurat tutaj to reżim, a nie rerzim. Festiwal Wojnowski, czyli dość duże fotografie, głównie reportażowe przyczepione na płotach lokalnych chat, przedstawiające np. Wietnam w oczach fajnego Barta Pogody. No i żurawie. 

Ale rzecz jasna, nie mowa teraz o Zatoce Gdańskiej, magazynie portowym, ani prostym narzędziu wydobywającym (niegdyś) wodę ze studni na wsiach. 

Żurawie, że ptaki. Pierwszy raz w życiu widzieliśmy żurawie. Bociana czarnego również, który poprzez dawne dziwaczne wierzenia w uosobienie czarnych mocy, został w Polsce niemalże wytępiony przez kretynizm ludzki. Wróćmy do żurawi. Najpierw widzieliśmy tylko te nieszczęśliwe, które są chore i park zwierząt się nimi tymczasowo opiekuje. Ale Mysza poprawiając sobie poranek, poprzez truchtanie wzdłuż domostw zasłaniających widok na jezioro, usłyszał nagle klangor żurawi. Dźwięk, który wydają roznosi się nawet na odległość kilku kilometrów. To za sprawą tak zabawnie skonstruowanej tchawicy i mostka. Ktoś na środku mazurskiej wsi na Myszę zatrombił, wybijając go z rytmu. Nie był to fiat combi, a para żurawi przechadzających się po podmokłych pobliskich zaroślach. Tak bardzo żałuję, że wówczas leniłam się w niemazurskich bawełnach na ikeowskim łóżu, zamiast truchtać razem z nim.

Żurawie są niezwykle wierne i oddane, łączą się w pary z wybrankami na całe życie (jak się okazuje, nie tylko łabędzie są takimi ortodoksyjnymi monogamistami). Wyglądają wspaniale – takie majestatyczne, smukłe, z dostojnymi ruchami. Te, które widzieliśmy z odległości kilku centymetrów były przede wszystkim obrażone i prawdziwie smutne. Dowiedzieliśmy się, że straciły partnerów, a nowych na pewno nie będą mieć, bo nie chcą. To zwyczajnie nie jest w ich naturze. A więc wybierają samotność i obrażony wzrok. Ciekawa filozofia życiowa żurawi. Ale to, że kochają raz, a porządnie, nie oznacza że stawiają na rutynę. Co jakiś czas, próbują odświeżyć miłość poprzez taniec godowy. To pomaga podobno zaimponować partnerowi na nowo. Całkiem wymagające. I pomyśleć, że wcześniej żurawie w mojej głowie to tylko te origami. A już szczególnie ten od zakręconej Kośki (imię zostało sprytnie zmienione), którą poznaliśmy podczas podziemnego oglądania Senstera w Krakowie. Wręczyła nam żurawia, opowiedziała smutną historię o Sadako Sasaki, wspomniała o swojej depresji i tak po prostu sobie poszła. Dodam, że było to nasze pierwsze i ostatnie czterdzieści sekund z Kośką. Nigdy więcej na siebie nie wpadliśmy. Żurawie są niezwykle istotne w kulturze japońskiej. Symbolizują szczęście, bezpieczeństwo i ochronę. Są głównymi bohaterami pieśni, modlitw, tatuaży, malarstwa, ceramiki – mojej kartki urodzinowej od Myszy również. W sumie nie dziwne, są przepiękne. Japończycy wierzą, że stworzenie tysiąca sztuk żurawi origami, pozwoli spełnić marzenie. I tak właśnie, wspomniana przez Kośkę Sadako Sasaki, cierpiąca na chorobę popromienną na skutek zrzucenia bomby w Hieroszimie, nie zdążyła uskładać potrzebnych tysiąc żurawi, bo zmarła. Tak więc Kośka w ciągu czterdziestu sekund zdążyła wnieść kilogram smutku do naszego dnia. Ale to było w Krakowie, kiedyś, nie pamiętam kiedy, a my powinniśmy wedle tego tekstu być na Mazurach. To wracamy.

Woda. Zieleń. Na Mazurach jest to niewątpliwie wyjątkowe. Ale brakowało takich sam na sam z nimi. Spotkania trzeba aranżować i gimnastykować się, żeby pobyć razem w ukryciu. 

Plątaliśmy się po okolicy, dotarliśmy do Mikołajek rzecz jasna, Giżycka, Mrągowa, gapiliśmy się na Śniardwy, tak dobrze znane z podręcznika do przyrody. Wsie oczywiście najładniejsze. Gapiliśmy się też na młode sarny, wodę, kaczki i pochmurne niebo. Ostatecznie nie mam nawet ochoty zdobyć patentu.

Szaro, dziwnie, zimno. Ale może nie na Mazurach, tylko w głowach. W końcu to lato do innych nie podobne. To duże ryzyko nie polubić Mazur, ale tak się poskładało. Ukochany Beskid Żywiecki w kolejnym tygodniu rozgrzał nasze serca. Nie przesadzajmy jednak z tym okrucieństwem wobec Mazur. W końcu gdybym miała wytatuować sobie nasz wyjazd na ramieniu, byłyby to śliwkowe knedle jedzone przez obrażonego ze smutku żurawia. Ale pięknego żurawia.