mery

#mazury

smutne lato – część 2

Jakoś tak wyszło, że znaleźliśmy się na Mazurach. Na wsi, pod Mikołajkami. Pustki na recepcji, zawirowania w organizacji, zamknięta stołówka. Przecież jak byk pisze, że zapraszają serdecznie, że czynne. Trudno, to jedziemy na pizzę. Pizza a pizza to jest jednak różnica. Reżim sanitarny tutaj to tylko rerzim, więc bierzemy na wynos. Choć proszę mi wierzyć, drobiazgowość i sterylność to nie nasza rzecz. Sukcesem oznajmiamy brak hulanek w żołądkach po takim wybryku i idziemy spać, my stare dziady na Mazurach. Rano stołówka czynna. Weranda wypchana kwiatami, z widokiem na wychłodzoną plażę i zadbany ogród. Jedzenie pyszne i zbyt tanie. W ogóle poza tym wybrykiem nazwanym pizzą, jedzenie okazało się być prawie najmilszym co nas spotkało na Mazurach, tuż za żurawiami. To lato do innych niepodobne.