mery

“Bo szczęście jest chwilowe, indywidualne, wyjątkowo doznawać go można we dwoje, nader rzadko w troje, nigdy zaś zbiorowo, w masie. Jest ono, jak perła w swej muszli, ukryte w niektórych rytuałach lub ceremonialnych zabiegach, dostarczających istocie ludzkiej pewnych przebłysków i miraży doskonałości. Należy zadowalać się tymi okruchami, by uniknąć życia w trwodze, w rozpaczy, wyciągając ręce ku niemożliwemu.” M. V. Llosa

Lubię kiedy mój wzrok obejmuje ocean i zatapia skupienie na poruszających się w kolorowych piankach kropkach, nader nie przypominających ludzi. Łatwo rozpoznać nałóg i ukochanie w temperamentnych, płynnych ruchach. Staram się zawsze zająć jeden z najlepszych punktów widokowych na tym wdzięcznym spektaklu, którego przebieg nie jest przewidywalny. Za dużo determinant, które mogą szybko wszystko odmienić.

Mosteiros na San Miguel to małe miasteczko, liczące około tysiąc mieszkańców, ze wspaniałym dostępem do oceanu z zachodniego krańca wyspy. Stąd wypływa się oglądać wieloryby, delfiny i na połów ryb nocą. Znajduje się tu także piękny spot, zdominowany przez lokalnych surferów, widok na gigantyczne bryły skalne pośrodku granatowej wody, spadziste zielone klify otaczające czarną jak noc plażę. Tu spędzamy swoje popołudnie, oglądając widowisko na żywo, nie ma tu prapremiery, ani bisów. Ale za to szalejący główny aktor, w szacie koloru atramentowego, potrafi manipulować bałwanami morskimi jak mistrz czarnej magii. Śmiałków, którzy próbują stąpać po wzburzonej wodzie jest niewielu, ale nie liczy się ilość, tylko jakość. A jakość spektaklu jest dzisiaj pierwsza klasa – to jakby twórczość poetycka tworzona na naszych oczach.

Przeszło sto lat temu spektakle musiały przypominać codzienne wieczorki literackie, z najlepszymi poetami w składzie. Wyobraźmy sobie końcówkę XIX wieku, Hawaje, deski tworzone wyłącznie z drewna, które kształtem odbiegają od tych dzisiejszych, coraz lżejszych, coraz efektywniejszych i niekoniecznie ekologicznych.

Nazywano je alaia, a pływanie na nich określane było urokliwym słowem Lala. Deski te były ciężkie, bo ważyły do pięćdziesięciu kilogramów, zakończone prostokątnie, o długości nawet do czterech metrów. Wytwarzano je z popularnego drewna dostępnego na wyspach Acacia Koa. To samo drewno służyło do budowy kajaków, gitar, ukulele i innych drewno-wymagających konstrukcji. To świetne drewno, które absorbowało mniej wody od innych gatunków i było bardziej wytrzymałe na wyżeranie soli morskiej. Lokalni rzemieślnicy, zajmujący się wytwarzaniem desek cieszyli się wielkim uznaniem w wiosce. Spędzali nad każdą deską długie miesiące, wycinając wymarzony kształt zaostrzonymi kamieniami i ścierając je skórą z rekina, tworząc niemały drewniany ideał. Jedna deska, dobrze zaopiekowana, wystarczała nawet na całe życie spędzone na falach. Alaie smarowano naturalnymi olejkami (np. olej lniany), które konserwowały deskę i pielęgnowały ją, chroniąc przed ostrym słońcem, wodą i solą. Pływali na nich wszyscy – od wodzów wiosek po zwykłych śmiertelników. Deski po śmierci właściciela albo wędrowały za nim do grobu jako pomoc w dalszej podróży, albo wędrowały do kolejnego pokolenia, stając się długowieczne. Odkryto, że w Japonii już w XVIII wieku pływano na podobnych deskach, zwanych Itako (niegdyś Itago), spopularyzowanych później w XIX wieku. Podczas gdy na Hawajach ludność lokalna od setek lat utrzymywała bliski, mistyczny kontakt z naturą i wielką wodą, traktując ją jako wiernego sprzymierzeńca, w Japonii ocean kojarzył się zawsze z ciężką pracą. Umiejętność pływania na Itako okazała się przydatna przy niebezpiecznych warunkach i akcjach ratunkowych. Itako były krótsze od hawajskich alai i najczęściej wykonywano je z drzewa cedrowego lub Paulowni.

Pojawiają się tacy, którzy promują dziś powrót do korzeni i tradycji z przed setek lat. Jednak pływanie na tego typu deskach wymaga niemałego zaangażowania, wytrwałości, precyzji. Deski nie posiadają pomocnych płetw (finów), jak te współczesne, nie zapinamy ich oczywiście przy kostce liną. Czasem wstanie z kolan na takiej desce wymaga wielu prób i dużego wysiłku, ale ślizg na stuprocentowym drewnie po fali morskiej jest podobno niezwykły. Są utalentowani rzemieślnicy, którzy współcześnie zabierają się za kształtowanie alai. Wykonuje się je najczęściej z Paulowni, genialnego drzewa, nazywanego feniksem wśród drzew, ponieważ ma umiejętność odradzania się po odpowiednim ścięciu. Przy okazji w środowisku działa jak czarodziej na nieurodzajne gleby i potrafi zamienić nieużytki w las regeneracyjny. Chętnie stosuje się ją także do budowy statków. Paulownia jest miękka i stosunkowo prosto jest wymodelować kształt deski, przy czym jest bardzo wytrzymała (wytrzymalsza od równie popularnej balsy, z której pył jest szkodliwy dla naszych płuc). Deska stworzona z samego drewna, smarowana naturalnymi olejami, jest oczywiście w stuprocentach biodegradowalna. A jeśli zachcianką będzie uśmiercenie deski to wystarczy zaprzestać olejowania, a rozłoży się szybko bez uwalniania szkodliwych toksyn z pianki i żywicy do powietrza i gleby. Jest to najbardziej ekologiczna deska na rynku, która odbiega od współczesnych desek, tworzonych z pomocą styropianu i włókna szklanego. To jest dysonans surferów, którzy trwając w przyjaźni z oceanem, pływają na sztucznych tworach. Dlatego alaia, to wspaniała naturalna alternatywa, ale jakże trudna do opanowania. Najwidoczniej na nagrodę w postaci ślizgu życia trzeba zarobić ciężką pracą.

Aloha!