mery

z perspektywy wysokości krawężnika

Pracownicy lotniska leżą w cieniu. Tylko kilku przepisuje ręcznie nasze dane z paszportów do komputerów. Wymieniamy kasę w kantorze, kupujemy sprawnie kartę i wsiadamy do metra. Łał, ale zimno. Szaleją tu z klimą. Schodzi nawet do siedemnastu stopni, podczas gdy na zewnątrz zderzamy się z duszącym czterdziestostopniowym gorącem. Włożyłam na siebie bluzę, której miałam nigdy nie wyciągać z plecaka. Okazało się, że będę ją wyciągać przy każdym przejeździe, obwiązując szczelnie buffkę wokół szyi. Co z tego, Mysza i tak dostał intensywnego zapalenia gardła, a ja pęcherza. Bangkok, Ty wariacie.

Jedziemy, po drodze przyglądając się przedmieściom. Zieleń, której nie znałam. Chodzi o kolor, nie o wszech miar. Podobny kolor spotkałam tylko rok później na Azorach. Domki są albo bardzo zadbane, albo bardzo nie. Niewielkie pola ryżowe od czasu do czasu okalają zabudowania. Dojeżdżamy do najbliższej stacji metra, obok naszego chwilowego domu.

Lunął deszcz, ciepły, gęsty i niegroźny. Bawi nas to. Ubieramy czerwone deszczo-szczelne skafandry na siebie i plecaczki, po czym ruszamy na spotkanie z Bulan. Bulan okazuje się totalnym miłośnikiem żarcia, ku naszej radości. Bulaaaaan, gdzie zjemy najpyszniejszy Pad Thai w Bangkoku? Dostajemy adres i wskazówkę, żeby koniecznie do makaronu dobrać sok pomarańczowy, bo lepszego na pewno nie piliśmy. Już uprzedzam, że to nie prawda. Zapomniałam przez chwilę, że Tajowie kochają się w cukrze. Sok pomarańczowy z dwudziestoma łyżkami białych kryształków. Okrutne. Ale ten Pad Thai wart był przekroczenia kilku zielono-czerwonych świateł, kilku mostków dla pieszych, poruszania się poboczem szerokim na dwadzieścia centymetrów, obok wielopasmowej drogi po której fruwają wszystkie pojazdy jakie ludzkość wymyśliła i kanału ze ściekami, a także odstania ponad godziny w kolejce po dwunastu godzinach lotu. Ogromne wrażenie robią na mnie czarodzieje z patelniami. Czary z ogniem i podrzucanym makaronem. Szanuję, współczuję i podziwiam. Poparzenia bardziej niż gwarantowane.

Pad Thai z suszonymi krewetkami, odpowiednio drobno posiekanym tofu, startym mango i trawą cytrynową wraz ze świeżymi kiełkami w formie dodatków – lepszy niż poezja Haliny Poświatowskiej w tamtym momencie. Wspomniany niedobry sok pomarańczowy kosztuje więcej niż jedzenie dla dwóch osób. To tutejszy standard. Błogo najedzeni, spacerem wracamy do domu, zaglądając do mieszkań, które wychodzą wprost na ulicę. Zaglądamy do tajskich telewizorów, równocześnie uciekając przed falami wody, która leje się z przestarzałych klimatyzacji, oczywiście po kablach z prądem. Ciekawie tu pachnie. Mieszanka przypraw, gorący, parujący beton, kadzidło, ścieki, brud, pyszne jedzenie, czyjeś zbyt intensywne perfumy – zapach Azji. Idziemy spać jak przystało na dziadków, wcześniej korzystając z podmywajki, zamiast papieru. Najpierw zabawne, trudne, a potem sensowne, higieniczne i przyjemne.

Na śniadanie zdecydowanie odradzamy piklowane mango z mlekiem kokosowym i owsianką. Jeśli do deseru zwykle nie dodajesz korniszonów, to tym bardziej. Jest za gorąco, idziemy na piwo. Tutaj zawsze wybieram sikowaty i dobrze schłodzony Chang. Khao San Road jest celem większości nastolatków – tych młodszych i tych po pięćdziesiątce. Poza obrzydliwą komerchą, jest tu pewien uroczy folklor. Można tu spędzić z godzinkę. Zjeść na szybko sajgonki za złotówkę, średniego Pad Thaia za trzy złote i skorpiona – ale to rozrywka tylko dla turystów, lokalni ich nie jedzą. Siadamy na krawężniku i opalamy się w światłach neonów. Można też o wiele więcej, policja tu tylko udaje, że coś nadzoruje. Wracamy skrótem obok ringu do boksu tajskiego, otwartych klatek z psiakami i obok gotującej się zupy w czyjejś domowej kuchni na ulicy. Szybko poznajemy zasady ruchu wodnego, szukamy tylko pomarańczowych flag, te są najlepsze. Mimo skromnych możliwości, radzą sobie z organizacją tego całego chaosu i jakoś to idzie do przodu. Korków na wodzie brak. Podróżowanie wodą jest przyjemniejsze, bo od wody zawsze jest chłodniej. Wybieramy ten sposób za dnia i nocą. Ale metrem też musimy jeździć. A tam lodówka.

Sięgam teraz do notatek z Azji i widzę zdanie: “Upał pochłania nasze narządy wewnętrzne, skórę i mózg”. Ja to jednak dramatyzuję czasami.

W Wat Arun – Świątyni Świtu, która podoba mi się najbardziej, Mysza gubi czapkę, a ja idę na błogosławieństwo indywidualne do mnicha. Zawiązuje wokół mojego nadgarstka sznureczek (starannie unikając dotyku mojej skóry), którego nie będę mogła sama ściągnąć, bo to przynosi podobno niepomyślność. Więc będę z tym przybrudzonym, już później szkaradnym sznurkiem nawet na swoim ślubie. Zerwał się niedawno, po ponad roku od podróży.

W świątyniach obowiązują pewne restrykcje, ale mam wrażenie że dotykają bardziej kobiet niż mężczyzn. Faceci mogą paradować w krótkich spodenkach i nie ma z tym problemu. Kobiety nie. Obowiązkowo ściągamy buty przed każdą świątynią i pilnujemy, żeby nie siadać stopami w stronę posągów. Stopy są “be” w kulturze tajskiej. Są nieczyste. Głowa wręcz odwrotnie i jej nie należy przypadkiem u innych dotykać. W świątyniach spotykamy bardzo mało mnichów, dopiero na północy kraju, w Chiang Mai, będzie ich znaczniej więcej.

Kupujemy siatkę melonów i nabijamy je na drewniane patyczki. Byłyby idealne, ale są obtoczone w cukrze. Dla mnie to zbezczeszczenie. Ale tak naprawdę cukier, to świetny konserwant. Na tym upale, nic by bez niego nie przetrwało. Siedzimy na pomoście i czekamy na nasz wodny tramwaj, ale nic nie przypływa. Podchodzi do nas starszy Pan, coś nam tłumaczy po tajsku. Patrzymy na niego pytająco, w klimacie chłodno-pytająco, za bardzo przyzwyczajeni do krakowskich plant i naszych rdzennych zaczepialskich. Za chwilę Pan zaczepia młode tajki i pokazuje na nas. Dziewczyny łamanym angielskim tłumaczą nam, że Pan przyglądał nam się od dłuższej chwili i chyba czekamy na łódkę, a ta do tego pomostu nie przypłynie, więc musimy iść kilkadziesiąt metrów dalej. Zdezorientowani wstaliśmy i nieśmiało ruszyliśmy się z miejsca, a Pan z nami. Odprowadził nas. Faktycznie – łódka przypłynęła do innego pomostu, wskazanego przez uroczego osiemdziesięciolatka. Pomachaliśmy mu serdecznie odpływając. Jednak zakorzenione kulturowo wietrzenie podstępu we wszystkim jest bez sensu.

Jedzenie samo się znajduje. Jeśli widzimy miejscowych, wychodzących z targu, z gorącym jeszcze jedzeniem w siatkach, to udajemy się w to samo miejsce. Jest jeden problem. Jedzenie dla miejscowych, prawdziwe tajskie jedzenie, jest ekstremalnie ostre. Takie, że wypala nam przełyk, podniebienie i żołądek. Staramy się jeść, płacząc przy tym, ale nie wychodzi. A naprawdę wydawało nam się, że lubimy ostre potrawy. Tylko percepcja ostrości była dotychczas inna.

Denerwują mnie bardzo tony plastiku. Pakują szczelnie w plastikowe woreczki wszystko co się da – owoce, zupy, makarony, curry, mięsa i napoje. Ta sama procedura – na ulicy, w sklepach, targach, knajpach – rurki, worki, folie, pudełka – wszystko plastikowe. I jeszcze ta tendencja do pakowania małego plastikowego pudełka, w większe pudełko, po to aby zmieściło się idealnie do największego, a całość do reklamówki. Tego jest bardzo dużo, bo nie tylko turyści, ale przede wszystkim Tajowie jadają na ulicy. Nie opłaca się im gotować w domach, często nawet nie mają w nich kuchni.

O godzinie ósmej rano w metrze jesteś co najwyżej sardynką. Ale jakoś każdemu udaje się wyciągnąć telefon i gapić się w niego sennym wzrokiem. Wysiadamy w parku Lumpini. Relaksujemy się, ale nie na długo. Myślałam, że to przekoloryzowane, ale naprawdę roi się dookoła od zadomowionych tutaj waranów. Przypominają mi trochę aligatory. Abstrakcyjna sytuacja. Mimo starań, nie czuję się wyluzowana. Wybieramy spacerek, zamiast siedzenia. Park jest wspaniałą dżunglą, w środku nowoczesnej, betonowej dzielnicy Bangkoku.

Czujemy przewagę nad turystami dynamicznie poruszającymi się od świątyni do świątyni, bo zostało im raptem kilka chwil do odjazdu do następnego miasta. Czas. Nie spieszymy się, nie naciskamy na wchodzenie wszędzie gdzie się tylko da, tylko wszędzie tam gdzie mamy ochotę. Jasna sprawa, że odwiedzamy kilka kluczowych ważnych kulturowo miejsc, ale większość czasu spędzamy pomiędzy lokalnymi, na targach, kiczowato podświetlonych uliczkach i na jedzeniu wypalającym nam gębę. Spędziliśmy tu praktycznie tydzień, o wiele więcej niż nam rekomendowano.

Kokosów wypiliśmy już chyba trzydzieści – nic tak nie nawadnia jak one. Jest późny wieczór, pogoda robi się wreszcie znośna, idziemy na targ Silom Soi 20. Wybieramy wegetariańskie curry i Pad Thai. Sajgonki pyszne, ale diabelsko tłuste, opadają na dno żołądka i siedzą tam jeszcze długie godziny. Dobrze, że pijemy po kuflu Changa, od razu jakoś lżej. W okolicy targu znajduje się meczet, kolorowa indyjska świątynia i na końcu ulicy jeszcze buddyjska. Nikomu to nie przeszkadza. Można?

Bangkok zaskoczył mnie najbardziej chyba tym, że go polubiłam. Ale polubiłam go takim, jakiego go poznałam i chciałam poznać. Z perspektywy przyzwoitego podglądacza. Jestem z tych, którzy uważają, że w dobrej imprezie nie chodzi o to, żeby na drugi dzień nie wiedzieć o co w niej chodziło.

Wysypiamy się, w bólach pęcherza i gardła idziemy na pociąg do Chiang Mai. Mamy trzynaście godzin na podsumowanie wrażeń. Było ich dużo, bo to w końcu pierwsze spotkanie z Azją. Ale nie zderzenie. Raczej zaskakująco miłe spotkanie, z nowym kumplem nadającym na podobnych częstotliwościach, przy lekkim piwku i prawie najlepszym Pad Thai’u.