mery

jedną nogą w mieszkaniu, a drugą już na ulicy

Lizbona śmierdzi, a mętne osobistości kręcą się na każdym skrzyżowaniu ulic. Poza tym, jest miastem moich marzeń. Kolorowa, pokracznie przytulna i wymagająca. Jest jak duży labirynt dla dorosłych, do którego za wstęp trzeba zapłacić tylko tyle, ile któraś z linii lotniczych tego od Ciebie wymaga. Można plątać się po niej niby w nieskończoność, ale kiedyś kolana wysiądą na tych fantazyjnie stromych uliczkach. Lizbona ma wszystko to, co w dużych miastach można szanować. Świetną architekturę, klimatyczne miejsca spotkań z najpiękniejszymi widokami, szeroki wybór kuchni w knajpach, bary na dachach i leży nad rzeką, która jak się dobrze wkręcisz wygląda jak ocean. A ten prawdziwy jest tuż obok, co daje nam wspaniałe plaże już niecałe piętnaście minut jazdy pociągiem od centrum. Dorzućmy do tego mieszankę kulturową, muzykę na żywo na każdym kroku i przystawkę w postaci lokalnego sera z dżemem z pomidorów w Taberna Portuguese – lista spełnionych marzeń się chwilowo kończy.

Jadąc do Lizbony nie można oczekiwać idealności, co już z założenia byłoby szalone, bo się po prostu rozczarujesz. Lizbonie daleko od klasycznego kanonu piękna. Barcelonie do niego bliżej.

Lizbona to taka Vanessa Paradis wśród miast. Nieoczywista, ale jakże pociągająca i oryginalna. Jest dziwaczna, pełna zakamarków i zaskoczeń – tych fajnych i mniej fajnych jak zapuścisz się za daleko i w za ciemne miejsce.

Pierwsze moje spotkanie z Lizboną kilka lat wstecz, to siad skrzyżny na Santa Catarinie, w towarzystwie pięćdziesięciu ludzi, przy akompaniamencie klasycznej gitary, z piwem sagres w dłoni i z widokiem na różowe niebo o zachodzie słońca. Pomimo kręcących się dookoła podejrzanych amatorskich dystrybutorów narkotyków, Lizbona kupiła mnie w godzinę.

Na ulicach jest żarcie, śmieci i psie odchody. Wybaczam, bo za rogiem czeka na mnie słońce, muzyka na żywo i widok na tysiące ceglastych daszków. Brakuje tylko kieliszka wina. A jednak nie brakuje, da się go kupić wszędzie, gdzie tylko masz na to ochotę. W Lizbonie planu nie trzeba mieć. Plan się sam znajdzie, wystarczy zakręcić się jak w ciuciubabce i na ślepo wybrać jedną z uliczek. Obojętne, czy w górę czy w dół. Bo jak wybierzesz w dół, to zaraz będzie w górę. A jak wybierzesz w górę, to zaraz będzie w dół.

W Lizbonie fajnie jest być turystą na trzy dni, ale jeszcze fajniej poudawać, że się jest jej mieszkańcem, choćby przez pare tygodni. Wtedy zaczynasz zwracać uwagę na te same dzieciaki bawiące się każdego dnia na kilku metrach kwadratowych, obok wybebeszonej kanalizacji, na fryzjera, który trenuje na Tobie fantazyjne strzyżenie pudli, to że tu też mają wielkanocne procesje, tylko bębny głośniej biją niż u nas, że słońce lubi się bardziej z tym budynkiem, a z tamtym już mniej, że klatki schodowe przyjmują zdecydowanie za dużo ludzkiego moczu na siebie i śmierdzą, aż przestajesz mieć czucie w nozdrzach, że z karaluchami ciężko o przyjaźń. Odkrywasz najtańszy nepalski sklepik w okolicy, trzyosobową knajpę i gdzie można kupić ulubione ciastko z galao. Że starsi ludzie nie wychodzą poza swoje dzielnice. Miasto położone na wzgórzach jest torturą dla wysłużonych kości. Że cisza nocna nie istnieje – nie szanują jej sąsiedzi, ani turyści, ani z czasem i Ty. Że o świcie wszyscy śpią. Że domy ubierają się na zmianę w grafitti i płytki azulejos, które potem może znajdziemy na targu złodziei. Że windami się już nie jeździ. Że dzielnice to małe getta dla różnych ras, kultur i przedziałów wiekowych. I choćby to, że palić papierosa można stojąc jedną nogą w mieszkaniu, a drugą już na ulicy.

W Lizbonie dzieje się o dużo za dużo i to w niej jest najładniejsze.

Wtedy kiedy siedzisz na koncercie jazzowym przy Jardin do Torell, nad rzeką odbywa się kurs tańca w ramach festiwalu Cultura na Rua, otwierają Park Bar na dachu i zaczynąją rozlewać litry piwa za dwa euro, rozbrzmiewa Fado w za ciemnych wnętrzach, szesnaście dzieciaków w śpiworach zasypia w oceanarium przy zmęczonych rekinach, zamykają muzeum Coleção Berardo, otwierają nocne zwiedzanie klasztoru, zapalają się lampki przy Santa Justa, kolorowe kwiaty polegują rozdeptane na ulicy po hinduskim święcie miłości, nakładają hummus do szakszuki w InkFarmFood, ruiny po trzęsieniu ziemi stoją jak stały, woda przelewa się w fontannie przy Avenida da Liberdade, gasną świece w katedrze Sé, słońce kończy pracę nad pomnikiem Chrystusa, a na etat wjeżdża księżyc, przy Praça do Comércio żonglują kulkami trawy w dłoniach, w Bairro Alto znów ktoś zgubił orientację, przy Mirodouro da Graca sprzątają mini kawiarnie, a przy Miradouro de Sao Pedro de Alcantara ktoś właśnie zbił kieliszek taniego wina, palmy w zaniedbanym ogrodzie tropikalnym ciężko oddychają, a na pustostanach przy Picoas ktoś tworzy sprayem dwunastometrową jaszczurkę, tramwaj 28 zagłusza czyjąś nudną rozmowę, ktoś planuje jutrzejszą wycieczkę do Sintry, ktoś smażenie na plaży Carcavelos, ktoś wychodzi z marketu Time Out z tłustym dorszem w brzuchu i dwoma pastel de natas na wynos, a w ogrodach Palácio Baldaya składają krzesełka po projekcji Pięknej i Bestii. Tu wolno być wszędzie, koniecznie równocześnie.

Gdzie się podziać, co wybrać, co najpierw. Najpierw zdecydowanie poszwędaj się. Aflama, Graca, Bairro Alto. Zjedz pysznie w Tabernie Portuguesa (menu zmieniają cały czas, ale warto wybrać wariant z tradycyjnym dorszem, jeśli jesz ryby, domowe ciastko Toucinho Do Céu i litr pożądnej sangrii z owoców leśnych) albo po taniości szakszukę w InkFarmFood. Wbij się do Park Baru na dachu, a wybierając schody zakryj rękawem koniecznie nos. Odwiedź kamienne Berardo Museum, mieszczące się w Belem, ze wspaniałymi wystawami czasowymi (Pieter Hugo, Nan Goldin i inne specjały). Posiedź przy okazji przy pomniku odkrywców popołudniu, gdy tłumy odpłyną, z kawą, sagres, porto lub pasteis w dłoni. Przy Miradouro do Jardim do Torel zrelaksujesz się i poczytasz książkę. Przy Miradouro de Sao Pedro de Alcantara posłuchasz muzyki. Zejdź nad rzekę, wstąp na targ Time Out i weź jeszcze ze dwa ciastka, bo tego nigdy nie za dużo. W wolny dzień poszwędaj się po pozostałościach Expo ’98, idź na zachód słońca na szczyt Avenida da Liberdade lub na kameralny koncert do LX Factory. Sprawdzaj aktualne eventy i festiwale, inaczej przegapisz dobro, które masz pod nosem. Na drinka wieczorem wpadnij do Casa Independente, na randkę ze sobą do Lost In, a na śniadanie do COMOBA. Poszperaj w starych ciuchach na targu złodziei, przyjdź we wtorek, jak jest mniej ludzi. Przejedź się z dworca nad rzeką do Carcavelos, wypożycz deskę i spróbuj się przywitać z wodą. W inny dzień odjazd do Cascais, Sintry i wietrznego Cabo da Roca. Posiedź w najbliższym lokalnym barze, przy Twoim tymczasowym mieszkaniu. Zharataj nogi dwudziestoma kilometrami dziennie. I będzie fajnie.