mery

#portugalia

jedną nogą w mieszkaniu, a drugą już na ulicy

Lizbona śmierdzi, a mętne osobistości kręcą się na każdym skrzyżowaniu ulic. Poza tym, jest miastem moich marzeń. Kolorowa, pokracznie przytulna i wymagająca. Jest jak duży labirynt dla dorosłych, do którego za wstęp trzeba zapłacić tylko tyle, ile któraś z linii lotniczych tego od Ciebie wymaga. Można plątać się po niej niby w nieskończoność, ale kiedyś kolana wysiądą na tych fantazyjnie stromych uliczkach. Lizbona ma wszystko to, co w dużych miastach można szanować. Świetną architekturę, klimatyczne miejsca spotkań z najpiękniejszymi widokami, szeroki wybór kuchni w knajpach, bary na dachach i leży nad rzeką, która jak się dobrze wkręcisz wygląda jak ocean. A ten prawdziwy jest tuż obok, co daje nam wspaniałe plaże już niecałe piętnaście minut jazdy pociągiem od centrum. Dorzućmy do tego mieszankę kulturową, muzykę na żywo na każdym kroku i przystawkę w postaci lokalnego sera z dżemem z pomidorów w Taberna Portuguese - lista spełnionych marzeń się chwilowo kończy.

czyste biurko

Biurka mają to do siebie, że z reguły są albo czyste, albo zasyfione. Einstein kiedyś się zastanawiał nad pewną implikacją. Jeśli biurko zasyfione jest oznaką zabałaganionego umysłu, to czego oznaką jest puste biurko? Einstein nie wiedział też do końca czym jest wiatr. I to są poważne rozterki moi drodzy.