mery

spacery są potrzebne

To był dobry dzień na spacer, mimo że nieśmiało zbierało się na deszcz. Ale, że to azorska norma pogodowa, machnęliśmy ręką i weszliśmy na sympatyczny szlak. Oprócz nas, na pomysł podobny wpadł pewien fotograf, skupiony na okrywaniu swetrem swojego dziecka o finezyjnym imieniu Canon oraz grupa lokalnych, którzy do siatek łapczywie pakowali dziko-bujnie rosnące czernice. Kwaśne jak cholera, ale wyborne. Dobrze im się tu wzrasta przy dobranej mieszance wilgoci i ciepła na non stopie. Zioła też mają tu swoje królestwo, wchodzą aromatami nozdrzami, uszami i oczami do głowy. Kręci się w niej, ale jest przyjemnie.

Fajne są te momenty, w których nawet błękitnego nieba nie brakuje. Tak było właśnie tu, na szlaku Serra Devassa. Z daleka widać ocean, w którym gdzieś tam kąpią się kaszaloty, stąpamy po zielonych zakolach stworzonych przez granie wulkanicznych gór i na próżno szukamy monet w jeziorach. Na szczęście. Hortensje już przekwitły, ale to zdrowe. To normalne. Nie mogłyby kwitnąć cały rok, tak jak i człowiek nie mógłby. Natura wie co robi.

Jest tu cicho i spokojnie, myśli są daleko za jakimiś drzwiami. Nawet nie pukają do nich.

Zależy nam na prostych sprawach. Czyli na znalezieniu więcej czernic i na patrzeniu ze sprytem pod nogi.

Nie zmęczyliśmy się, spacerowaliśmy długo i wolno. Najlepsze desery się je właśnie w ten sposób.

Wieczorem pojechaliśmy do wioski obok na Noc Rybaków. Licytowanie homarów, w celu uskładania hajsu na świecący obok jak choinka kościół, to jest jednak egzotyka. Ale wtapiamy się i siedzimy z ludźmi. Siedzimy dopóki wszystkie homary rozejdą się do domów. Burczy nam w brzuchach, a w domu tylko kozi ser na liściu bananowym od Diany. Wracamy. Jemy. Zasypiamy.

To był dobry dzień.