mery

zauważyłam jeszcze coś

Przejechaliśmy prawie dwa tysiące kilometrów w osiem dni, nie spiesząc się. Zauważyłam, że zimno prowokuje do awantur, ale wszystkie udało się stłamsić. Tak się składa, że najładniej jest tam, gdzie ludzi brak, a o to na Islandii nie trudno. Zauważyłam jeszcze coś.

Islandzkie swetry wełniane kosztują tysiak, więc rzadko się je kupuje. Ale można się na nie gapić, bardzo ładne.

Reykjavik ma genialne śniadaniownie. Wchodzimy do Pallette, wita nas uroczy Pucio. Pochodzi z południowej Anglii, uciekł z domu, bo szkalowali go za kochanie mężczyzn. Przeniósł się więc na inną planetę, gdzie ma spokój, ciszę, naturę i akceptację. Znalazł nawet męża osiem lat temu, w najdalszych zakątach Westfjords. Stworzyli razem miejsce z duszą, robią tu domowy ketchup i podają go z chrupiącymi tostami. Jest dużo map, książek, lamp, dupereli na półeczkach, ale Pucio to tutejsze serce i mózg, bardzo grzeje swoją miłością.

Odwiedzamy Pati, która przeniosła się na Islandię ponad rok temu. Jest zrelaksowana, wygląda świetnie, musi być jej tu tak dobrze-dobrze. To dobrze o Islandii świadczy.

Woda z kranu, z rzeki, z wodospadu, z lodowca, nigdy nie smakowała lepiej i być może już nie będzie.

Möðrudalur, to nie miasteczko, nie dajcie się zmylić. Przez kilkadziesiąt kilometrów drogi spotykamy dwieście owiec, ludzi brak, koni brak. To farma znajdująca się na północnym zadupiu wyspy. Są tu domki z mchu, owce, kościółek, jedna rodzina, dobre albumy o wyspie i rodacy. Tu też subtelnie radzę powstrzymanie się od komentarzy do czekolady z proszku za czterdzieści złotych po polsku, nasi są wszędzie. Bo później poliki palą od zawstydzenia.

Nasz przewodnik łazi w minusowej temperaturze, w krótkim rękawku po lodowcu. Zastanawiam się, czy to on wygląda jak idiota przy nas. Czy my przy nim, ubrani w trzy warstwy termoaktywne. Kukam, czy ma gęsią skórkę. Nie ma. W końcu pytam o to. Opowiada o gruczołach snu zimowego, które posiadają prawie wszystkie noworodki, ssaki hibernujące i według jego legendy też Islandczycy przez całe życie. Dzięki temu może wleźć do oceanu, z temperaturą wody cztery stopnie i czuć się całkiem miło.

To jeszcze jedna anegdotka z lodowca. Victor przemawia “Pod żadnym pozorem, jak wypadnie Wam cokolwiek, nie biegnijcie za tym. Są szczelinki, więc trzeba uważać”. Na pierwszym podejściu azjatycki nastolatek gubi w magiczny sposób kask i pędzi za nim dwadzieścia metrów. Victor przemawia “Fuck me”.

Na każdy wyjazd kupuję notesy, w których zapisuję na szybko wrażenia, żeby potem nie uciekły, bo głowa lubi zawodzić. Na Islandię kupuję ten dziwny, z Małym Księciem stojącym na planecie. Po przyjeździe okazuje się, że pasuje trafnie.

Biorę ze sobą książkę o Kieślowskim, która ma pięćset stron i waży trzy kilo, zajmując idiotycznie pół mojego bagażu podręcznego. Okazuje się, że tu się książek nie czyta. Tu walczy się w śpiworku o spokojny sen w samochodzie, podczas gdy raz za chłodne, raz za gorące powietrze z webasto, tłucze się jak sąsiadka Dorota z bloku na przeciwko, trzepiąca dywanik w jakimś-takim-niby-perskim-wydaniu.

Renifery wyglądają najpiękniej biegnąc w stadzie, przy mglistym słońcu. Należy wtedy przykucnąć, położyć się, zamrzeć, czyli stać się cichym, nie przeszkadzać i gapić się. Aparat musi działać jak po maśle. Potem trzeba uważać na odłączone osobniki biegające panicznie po drodze.

Poranki są złotem, gdy po otworzeniu oczysk zza wilgotnej szyby przebija się słońce. Chce się ściągnąć kaptur z głowy i nawet iść sikać mimo mrozu. Są bolesne, kiedy jest szaruga.

Żarcie od zawsze smakuje najlepiej na świeżym powietrzu, to wiemy. Ale najlepiej to jednak smakuje podgrzana na patelence tortilla, jedzona na pace ciepłego gospodarstwa na kółkach, z widokiem na zniewalający pejzaż, pokazując środkowy palec hulającemu na zewnątrz zimnemu wiatru.

Brak monotonii. Krajobraz zmienia się jak w kalejdoskopie. Czuć tu lekką niesprawiedliwość ze strony Mamy Natury, która Islandię obdarzyła dość serdecznie swoimi darami, niektórym krainom szczędząc.

Można tu pokochać herbatę z miętą i cytryną jeszcze większą miłością. Przewiane i zmarznięte ciało, schowane nagle do samochodu, domaga się nektaru Bogów za każdym razem.

Golden Circle jest w porządku, tak jak w porządku jest Zakopane. A że na co dzień wolę dolinki krakowskie, to na Islandii też wybieram południowy wschód i Snæfellsnes. Bajkowo.

Foki to lenie, a konie islandzkie mają iskierkę szaleństwa w oczach.

Kąpiel w wodzie termalnej, o temperaturze czterdziestu stopni, w lokalnym starym basenie, wyłożonym drewnem, z widokiem na lodowe góry jest jak spotkanie z dobrym i znającym się na rzeczy terapeutą.

Wyzwalająca jest ta pustka, brak ludzi, miast, gospodarstw, domów, dzika, różnorodna natura. Ale ograniczający jest lęk, że jak coś się stanie, nikt raczej nie pomoże.

Nigdy wcześniej nie widziałam duetu ośnieżonych gór włażących do granatowego oceanu. Czyli jednak są miejsca idealne.